czwartek, 30 lipca 2009
| za kotarą... |
za kotarą wspomnień przepaści nadzieją utraconym szczęściem skołatane serce omamiony umysł bezwolność emocji plany w pył rozbite samotnośc destrukcji osaczona zraniona siebie oszukała zbyt mocno wierzyła i za bardzo chciała przerost planów zbyt wygórowane a życie jej dało tylko w sercu zamęt nie wolno planować nie wolno się łudzić bo życie zbyt szybko ze snu cię obudzi 12.07.1985
|
| Opublikowany: 07-02-2006 23:36 przez: jarzebina |
|
koronkowe wspomnienia.
|
|
Wyciągnęłam z szafy dziś moje wspomnienia nić spleciona krótko jakby od niechcenia nierówno oczka ażurem splecione dużo i w chaosie bielą zapełnione a kiedy przyglądam się misternym splotom to myślę ,że to jest sensu dziś istotą bo każdy wzór na niej to nasza jest chwila przecież dla ciebie kiedyś ją robiłam a teraz wspominam wszystkie tamte chwile szczęścia i miłości? dziś wiem ...
to ażur pomyłek
|
| Opublikowany: 14-03-2006 18:47 przez: jarzebina |
niedziela, 28 czerwca 2009
deszczowo nie miło..brak słońca deprymuje myśli i czyny..przy najmniej w moim przypadku..nic mi się nie chce...zresztą cały taki dzień do bani ..
poniedziałek, 07 lipca 2008
Jest łza która nigdy nie spadnie ...śmiech który nigdy nie zabrzmi jest kwiat co nigdy nie zwiednie ... milość co nigdy nie zrani
jest dzień co topi się w blasku ...noc co nie ma księżyca jest serce co w cieniu się chowa i oczy szukające promienia
jest taniec w bezruchu trwający melodia co fałszem istnieje tak kochac ciebie nie wolno jak trzeba?poprostu niewiem
a mimo to w struny uderzam i chmury dlonią rozpraszam i łzę z policzka ocieram a głos z piersi wyzwalam
bo to uśpiona w mym sercu melodia prawdy rozbrzmiewa i owym kwiatem się zdaje a milość w tęsknocie umiera
nie więdnie jak róża czerwona w księżyca złotawym blasku skulona istnieje w duszy nie szuka w sród ludzi poklasku
sercem spogląda i płacze dłonie bez gestu wyciąga i nie ma odwagi powiedzieć jak prawda milośći wygląda
kochać ciebie jest darem lecz bywa,że i przekleństwem jestem czasem tak bliska a czasem rozrywa mi serce
predzej kamień odrzucę zatrzymam pędzący wiatr prędzej nurt wody odwrócę niż twój otrzymam dar
napisany 1998 r.
środa, 09 kwietnia 2008
Kiedy starość otworzy drzwi To kogo przytulisz wieczorem Kiedy samotność wypełni twe dni będziesz rozmawiać z telewizorem? Czy myślisz że zagłuszysz ciszę nad ranem Gdy żwawo zadzwoni budzik Obstawisz się na noc tykaniem zegara Lecz nikogo on oprócz ciebie nie obudzi Nie znajdziesz odbicia innej twarzy w lustrze Kawa wystygnie na stole serwetka nie wytrze ust po słodkiej kawie Nikogo nie będzie przy tobie Otworzysz album rozsypią się zdjęcia Rozrzuci je zimny wiatr I tylko one twój pokój wypełnią Gołębie wspomnień sprzed wielu lat Zegar tyka srebrem wskazówki Zamknięty w dębowej skrzyni A ty wciąż będziesz wsłuchiwać się w kroki Tych co kiedyś tu byli... Usłyszysz jedynie bicie swego serca I odgłos spadającej łzy
| | |
poniedziałek, 10 marca 2008
Pułapka
Życie jest pułapką choć i darem dla nas jest I to jest ten paradoks czy trwać lub może nie.
Pozornie decydujesz pozornie wybór masz lecz tylko wtedy możesz gdy już na świecie trwasz.
A czy cię ktoś zapytał czy chcesz urodzić się czy dał ci szansę małą powiedzieć-TAK lub-NIE.


sobota, 01 marca 2008

Wiesz, trochę zaczynam tęsknić. Za śmiechem twym o poranku. Zaczynam szukać cienia co został Gdzieś za firanką.
Ściany świadkowie niemi Fotel co przyjął serdecznie Dzbanuszek z gorąca kawą też tęskni za twoim sercem.
Z jaką czułością go brałeś By nie uronić ni kropli I w mą filiżankę składałeś słodycz kawy ulotny.
Kiedy chodzę po domu meble pytają o ciebie. I co mam im odpowiedzieć? Gdzie jesteś- ja tego nie wiem.
Kanapa zastygła w oczekiwaniu. Zasłona opadła na okno. Radio znalazło fale na której płynie samotnie.
Dzwonek czeka na dotyk. Wizjer spogląda w dal. Mój cień się czuję samotny, szukając wspomnień trwa.
Jedynie zdjęcia nie tęsknią. Zamknięte w ramkach są tam jesteś obok- tak blisko tworzymy zamknięty krąg.
Na tle różowej skały. Zieleni -śmiejących drzew. Jesteśmy tak doskonali w miłości splecionych serc
Napisany 2006.08.04
poniedziałek, 25 lutego 2008
Całkiem blisko po sąsiedzku przez 24 lata żyli sobie on i ona on na imię Henryk miał ona Marta...
a Bóg chciał..
ale o tym powiem póżniej ... teraz od początku rzecz bo to piekna jest historia jakich mało można rzec...
gdy mijali się na schodach on dzień dobry cicho szeptał Marta głową pokiwała zawsze grzeczna, uśmiechnięta
Czasem jemu pomagała bo on smutny miły wdowiec a paradoks to największy że lubiła jego żonę...
dawno temu chorowała nazbyt ciężko i boleśnie Marta biegła na ratunek ale śmierć dobiegła wcześniej
tak minęły ze trzy lata na dzień dobry, dobry wieczór czasem więcej rozmawiali by na smutek znależć sposób
aż się zbliżył lipiec piękny w dzień imienin święto Marty w drzwiach jak chłopiec stanął Henryk w swoim sercu już uparty
wiedział bowiem co chce wyznać lecz się trochę bał odmowy więc swe słowa pięknie ubrał w laur kwiatów bukiet mowy...
Marta patrząc i nie wierząc w słów wyznania serca mowie tylko głową pokiwała i w odruchu powiedziała...
..ja wiedziałam...ja tak czułam więc spróbujmy ..czemu nie ..tylko słowo daj mi proszę.. ...już na zawsze kochaj mnie...
Henryk lekko był zdziwiony takiej właśnie szukał żony co wiedziała jak ma żyć i jak kochać a nie śnić...
I w dwanaście dni od chwili kiedy serca wymienili on powiedział -droga Marto z tobą żenić się jest warto
Masz w swej duszy piękno trwałe masz w swym sercu morze całe ogrom wiary i nadziei z tobą życie się odmieni...
I tak całkiem niespodzianie robi Marcie swej śniadanie Kocha żonę całym sercem Ona mówi że ciut więcej
Kiedyś byli sąsiadami kiedyś stali u swych drzwi czasem grzecznie rozmawiali a dziś miłość tuli ich...
On i ona mąż i żona wymarzona poślubiona On spełnieniem cichych pragnień miłość ich znalazła właśnie...
jak to dziwnie w życiu bywa kiedyś obcy dziś rodzina kiedyś tylko sąsiad miły dziś obrączką dłoń złączyli...

środa, 20 lutego 2008
Podobieństwo
Nie wymyśliłam tego wszystkiego...
i nie stworzyłam czegoś nowego...
przecieram tylko utarte szlaki,
poznaje barwy i życia smaki.
I nie ja pierwsza jestem wzgardzona
ani tez pierwsza słowem zraniona
nigdy też o tym nie pomyślalam,
że moja miłość to wielka sprawa.
Jestem kim jestem,
ale prawdziwa.
Pozornie tylko
w życiu szczęśliwa...
a jeśli myślisz,że to mój portret
to siądż przed lustrem
i sam to oceń...
Masz inne imię i inną twarz,
ale w cierpieniu tym samym trwasz..
napisany 1998- korekty 20.02.2008
poniedziałek, 18 lutego 2008
A kiedy podkradnę promienie... A kiedy podkradnę złociste promienie, słońcu co ma ich w nadmiarze. I kiedy poproszę o zieleń soczystą Natura mi hojność okaże. Rozłożę na palecie wszystkie barwy lata, a płótno w sztalugi oprawię. Potem ramę naszykuje srebrną I pędzel z promieni szybko sobie sprawię. I jednym pociągnięciem lato wskrzeszę znowu. Rozbłyśnie milionem barw. Błękitem się będzie wylewać z za ramy. Zielenią soczystą traw trwać. Konwalią zapachnie i słodką czereśnią. Zatrzymam zefirka co gna. Rozkołyszę drzewa melodią radości . A ptaków śpiew wypłynie zza ram. napisany 22.07.1987
sobota, 16 lutego 2008
pierwsza miłość
Każda następna będzie tylko jej kopią...ale być może za każdym razem doskonalszą...bo to my uczymy się ją kształtować własnym rozsądkiem nikt bowiem mądry nie popełnia tych samych błędów..
Rozkołysałam w sercu wspomnienie I wplotłam tęczę ze snów Mojego własnego pragnienia I szeptem mówię- wróć.
Pełna falujących wspomnień Obrazów z tamtych lat Czuję że budzi się miłość Uśpiona od tylu lat
Przywołuję obrazy nocy Pieszczę słoneczny dnia blask I chcę byś do mnie powrócił Przytulił mnie mocno tak
***
Niech znów zabiją serca W rytm tonu miłości Niech znów usiądzie na ustach Pocałunek pełny czułości
Dotkniesz opuszkami palców Spragnionego ciała I znów tylko przy tobie Stanę się tak doskonała
W oczach twoich zobaczę Młodą promienną twarz I szepnę ci cicho do ucha Ty jesteś cały mój świat
...wiem co mówię po trzykroć :}
Napisany 1995.06.22
 
czwartek, 14 lutego 2008
KOBIETA W OKNIE opowiadanie autor Marta Grzebuła PROLOG Nie chcę cię znać-krzyczałam a głos mój przypominał bardziej wycie rozwścieczonego niedżwiedzia niż człowieka..sięgnęłam do dna bólu ,niemocy i poniżenia...czas było to skończyć...ale jak?..wciąż jakby dwutorowo moje myśli biegły w sposób niezależny i odrębny jak to zakończyć? -Mam dość nie pozwolę już więcej na to..już nie krzyczałam a jedynie z pełnej bezsilności duszy i ciała łkałam.. -nie pozwole..powtarzałam i odpychałam od siebie człowieka który był kiedyś dla mnie wszystkim...całym życiem ,nadzieją, wiarą i przyszłością a stał się...wszystkim od czego pragnęłam uciec...Tylko ja będąc zaślepiona wielkiem uczuciem nie słuchałam rad,nie przyjmowałam do wiadomości tego,że mogę się mylić..nie..że mogę...ale ,że się mylę..Najtrudniej w życiu dokonywać jest trafnych wyborów..zwłaszcza kiedy serce ,umysł i ciało zdominowane jest przez miłość.. Dziś musiałam powiedzieć stanowczo-nie..
Czasem bardzo trudno jest powiedzieć -nie- ale o wiele trudniej przyznać innym rację...w moim przypadku właśnie tak było...Zbliżało się południe zacienione uliczki koronami drzew dawały ukojenie ale jakże pozorne Upał był zwyczajnie nie do zniesienia...kluczyłam miedzy starymi czynszowymi kamieniczkami na których to czas rzetelnie wycisnął swoje piętno..okienka małe i ta ogromna ilość cieni i brudu na szybach...Zaczynałam się zastanawiać czy przypadkiem w tym swoim zamyśleniu nie przeniosłam ,się w jakiś nie zrozumiały dla mnie sosób w czasie..żadnego przechodnia nawet zabłąkanego kota czy psa..wymarła uliczka...Ale w pewnym momencie mój wzrok przykuła staruszka ,która niezgrabnie usiłowała ukryć swoja obecność, ledwo ruszająca się przyżółkła firanka świadczyła o jej wysiłach ponieważ zmarszczyła się niespodziewanie, podobnie jak i jej właścicielka, która widocznie cierpiąc z racji wieku na krótkowzroczność równie z wielką moca, ale i na poły z nieudolną dyskrecja patrzyła ma mnie..obie tak chwilkę wpatrywałyśmy się w siebie...i to ona postanowiła zdekonspirować się w pewnej chwili..zdecydowanym ruchem odsunęła już i tak nielitościwie zmarszczoną firanę i zamaszyście otworzyła okna ,które swoimi skrzydłami niczym ptaki odleciały na zewnątrz kamienicy... - A pani kogo tu szuka? Tu mało kto zagląda, bo to dzielnica odrzutków ,wie pani ja tu mieszkam od czasów jeszcze przedwojennych,oj kiedyś to była piękna uliczka pełno drzew, latarni gazowych, pani wie... tu mieszkała kiedyś śmietanka towarzyska miasta .... W pewnym momencie myślałam, że ta tylko pozornie wyglądająca na niedostępną, kobieta ,gotowa będzie opowiedzieć mi całe swoje życie, jak również życie byłych mieszkańców uliczki zapomnianej przez Boga i ludzi...ale nie.. w jednej chwili przerwała... -pani szuka kogoś? ..zapadło milczenie...Bo co miałam jej powiedzieć że w tej wędrówce poprzez swoje myśli i ulice trafiłam w ten zakątek? -nie nie szukam nikogo...i już gotowa byłam nawet coś skłamać dla dobra sprawy, gdy ta naznaczona czasem kobieta o włosach tak białych i niesamowicie przerzedzonych rzekła... -wie pani mieszkają tu tylko trzy rodziny..będą nas niedługo wysiedlać więc wątpię by pani kogoś tu szukała, nawet wspomnień chyba nie ,bo jest pani za młoda...ale wiesz co dziecko...ton jej złagodniał nie był dedektywistyczny tylko ciepły serdeczny...myślę, że masz problem..i uciekasz przed nim...błądzisz..prawda?.. Nie wiem dlaczego, ale tym jedym zawierającym tyle serdeczności stwierdzeniu ..otworzyła we mnie drzwi.. .drzwi do duszy ..jakże zbolałej cierpiącej ..uciakającej przed tym bólem. Nawet ja sama przed sobą nie chciałam się przyznać...lepiej uciec...rozpłakałam się...nic już nie widziałam ,ani tej staruszki, ani budynku ,który nawet już sam nie pamiętał czy miał kiedyś jakiś tynk -elewację..a poszarpane miejsca z wyrytymi bruzdami wgłąb cegły świadczyły o tym, że niejedna kula z działa, pocisku próbowała zetrzeć go z powierzchni ziemi.....mój płacz był cichy przypomniał bardziej jęk...nawet nie wiem ,kiedy na mojej twarzy spoczęły ciepłe aczkolwiek szorskie dłonie kobiety z okna.. -nie płacz -głaskała mnie po pliczku a jednocześnie druga ręką gładziła włosy...jednym miękkim ruchem pociągnęła mnie w swoim kierunku..bezwolnie podążyłam za nią... Stałam w środku ciemego przesiąkniętego wilgocią mieszkania nie zastanawiałam się czy jest to przedpokój czy jakiś przedsionek...szłam prowadzona niczym małe ufne dziecko ciągle łkając...w mojej głowie mimo wszystko wciąż kołatały się sprzeczne myśli...podążać z tą kobietą i jednocześnie uciec stąd,ale dokąd? Czułam gdzieś podświadomie,że w tym ciemnym pachnącym już nie tylko wilgocią ale i tabletkami na mole domu znajdę ukojenie.Zapach był duszący niemiły..ciągnął się przez cały korytarz ,niczym ból który tkwił we mnie i bezlitośnie ,w wyrachowany i przebiegły sopsób ciągnął się przez moje serce...jednak szłam... a kobieta z okna wciąż w delikatny ,ale stanowczy sposób prowadziła mnie przez korytarz..ufałam jej nie wiedząc czemu... W pewnej, nieoczekiwanej chwili ,zapach i ciemność znikły a przed moimi oczami w których łzy spoczywały cichutko i miękko na końcówkach rzęs..rozciągnął się zaskakujący widok..oto stałam na środku ogromnego pokoju w którym dyskretnie rozchodził się zapach lawendy a ściany swoim piaskowo-żółtym kolorem dawały ciepło i spokój..dla oczu i duszy ...okna choć małe z zewnątrz to jednak w tym pokoju otulone miekkim brązowaym pluszem sztor wydawały się być znacznie większe...na środku pokoju stał stół drewniany potężny a w jego owalu stały przytulone do niego, niczym dziecko do matki ,krzesła rzeżbione z siedziskiem obitym również, brązowym pluszem...na drewnianej zadbanej podłodze rozpościelał się kremowo-brązowy dywan miekki i puszysty...byłam naprawdę zdziwiona nie tylko klimatem tego pokoju ale i aurą jaka tu panowała zieleń kwiatów pieknie komponowała się z całością donice równie wielkie a znich strzelały pod sufit fikusy a na podłodze rozopścierał się miękko filodendron a między oknami stało w drewnianiej doncy drzewo do złudzenia przypominające drzewko pomarańczy wszystko to brąz ,zieleń i ciepło żółtego koloru dawało oczom poczucie harmonii Kobieta getsem dłoni wskazała mi równie przytulną sofę ,która stała w rogu pokoju a obok lamka nocna która swoim kształetem bardziej przypomniała sylwetkę schylnego człowieka niż zwykły przedmiot do oświtlania pokoju..na ścianach obrazy w ciążkich okutych mosiądzem ramach..i choć początkowo można by odnieść wrażenie toporności i nadmiaru to jednak tematyka była subtelna i zwiewna niczym dotyk motyla...na jedym konie które w swoim niczym nieokiełznanym galopie pędziły rozywając nie jako taflę wody a wszystko to na błękicie nieba i wzbiających się ptaków..drugi przedstawiał tańczącą dziewczynę ..jej włosy niczym słońce wtapiały się w zieleń drzew a ona z rozportarymi rękoma i lekko przechyloną głową tańczyła unosząc się tuż nad taflą jeziora..obrazy były tematycznie zbliżone...odnosiło się wrażenie ,że to ich właścicielka skupiła się na takim a nie innym uszeregowaniu ich , ponieważ otaczały pokój płynąc po ścianach niczym okręty masywne ciężkie ale jakże delikatnie dryfowały po wodach oceanu..tak też było i w tym pokoju jedyny mebel jaki stał tuż pod oknem to duża komoda z okuciami ,ozdobiona paszczami lwów na drzwiach ..cały pokój był wypełniony zapachem lawendy, obrazów i ciepła kolorów...Poprowadzona w kierunku sofy usiadłam...łzy choć wciąż płynęły to stawały się coraz bardziej dyskretne...czułam się u tej kobiety z okna bezpieczna a jej obecność wpływała na mnie kojąco...usiadła obok mnie ,nawet nie wiem kiedy zdążyła mi nalać wody do ogromnej i ciężkiej szklanki ,niczym puchar z kryształu ..puchar zwycięstwa...zbliżyłam go do ust..łyk zimnej żródlanej wody niósł za sobą spokój ukojenie.....ochłonąwszy nieco...powiedziałam.. -Dziękuje,przepraszam jednocześnie..wie pani czasem są chwile w życiu człowieka...nie dokończyłam... -wiem,wiem- usłyszałam -jeśli mogę ci w jakiś sposób pomóc-powiedz?...zbliżyła swoją twarz..i tak naprawdę to teraz mogłam się jej przyjrzeć była około 80cio letnią kobietą...gdzie zamarszczki badzo wytwale drążyły jej twarz...a w koncikach ust powstał rys do złudzenia przypomninający uśmiech...jej oczy pełne błękitu nieba były tak przenikliwe ,że aż poczułam się przez sekundę nieswojo..ale było w nich coś jeszcze..jakiś magnetyzm...siła i pewność, to spojrzenie było pełne mądrości i jednocześnie głębi dobroci...przez jedną jedyną chwilkę pomyślałam o niej jak o dobrej wróżce...uśmiechnełam się mimowolnie...ona zdawać się rozumaiała czym i dlaczego spowodowany jest ten mój słaby dyskretny cichutki uśmiech. -Tak ,tak -rzekała moje wnuczki kiedyś , czasem ,mówiły do mnie ..babcia wróżka...z krainy nadziei...mówiąc to posmutniała...nie rozumałam dlaczego...czas miał mi zdradzić owa tajemnicę... -Mogę wiedzieć jak masz na imię?..tą skrępowaną bólem ciszę przerwała kobieta... -Anna-odparłam...patrzyłam w jej oczy które już były mniej badawcze, przenikliwe a stały się żródłem dobra... -Piękne imię-odparła...przechylając głowę jakby chciała bardziej przyjrzeć się mojej twarzy, dojrzeć w niej więcej niż mogło wyrażić spojrzenie.. -Ja mam na imię Weronika po mojej mamie..w moich czasach modne było dawanie imion po rodziacach..zwłaszcza jak umarli..jak moja mama przy moim porodzie...ach..nie o mnie..chyba chcemy mówić?-prawda...?...uśmiechnąła się przyjażnie...lekko odsuwając się i opierając się wygodnie o sofę.Po chwili rzekła..-a może tylko pomilczymy? -chcę ci pomóc ,może poradzić ,wysłuchać..sama nie wiem...ale jednego jestem pewna..ciągnęła spokojnie, jednocześnie zerkając na mnie badawczym wzrokiem-..napewno nie możesz dalej tak błądzić po ulicach w samotności i gryząc się tym co dręczy twoje serce...urwała..już nie patrzyła ma mnie, ale w kierunku wielkiego portretu który przedtem był jakby dla mnie nie widoczny, ponieważ znajdował się tuż przy wejściu do pokoju... -To mój mąż- Powiedziała .Było to krótkie zdanie jakby bardziejskierownae do niej samej niż do mnie ...obie patrzyłyśmy na mężczyznę z portretu..uśmiechniętego w pełni sił -wieku mężczyznę który nie miał więcej niż 40 może 45 lat.Stał dumnie wyprostowany i niczym w pozie Napoleona trzymał rękę pod kamizelką...obok stały dwa harty piekne i wpatrzone w pana... -To Wiktor, zawsze kochał psy..otaczał się nimi...ach...co to był za mężczyzna...westchnienie było tak nagłe i spontaniczne ,że choć wiedziałam ,że ta kobieta kiedyś była piękna ,młoda kochała i była kochaną to jednak w jej ustach zabrzmiało to westchnienie jakoś dziwnie..nie pasowało do powagi z jaką wypowiedziała zdanie---to mój mąż- zdawać się mogło że jest to westchnienie młodej zakochanej dzierlatki a nie kobiety której biel otuliła głowę a czas wyrył swoje piętno na jej twarzy... ubiegła moje niedokończone myśli... -Ależ kochana Anno wierz mi na słowo..ja też kiedyś byłam młodziutka jak ty...uśmiechnęła się jakoś inaczej, wesoło kokieteryjnie.. Niewiedzieć czemu obie roześmiałyśmy się na głos... -Wierzę,wierzę..-odparłam po chwili- -Mąż pani był naprawdę przystojny-kontynuowałam-miał prezencję której dziś brakuje współczesnym mężczyznom..czasem mam nawet kłopoty z rozróżnieniem mężczyzn od kobiet . Bo długie włosy ongiś nasza domena dziś także mężczyzn a i kobiety z kolei przejeły styl męski.prawda?- spytałam, patrząć uważnie na panią domu. -widzę,że masz wyjątkowo niewspółczesne poglądy,ale masz rację-wtrąciła pani Weronika... -to prawda kiedyś mężczyzna musiał starać się o względy kobiety w sposób szarmancki godny i tak też z nią postępować do końca ich wspólnych dni..mój Wiktor taki był...zamyśliła się jej głowa miękko spłynęła w kierunku piersi widzać było że i ona przeżyła coś o czym do dziś jej ciężko mówić...a więc obie -pomyślałam mamy tajemnice którą nawet nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć...Jej mogłam się domyślać..śmierć męża mogła gwałtownie przerwać ich związek...dramatyczna bolesna ,ale moja tajemnica...to już inne żródło bólu...tylko wypowiedzenie jej da świadectwo prawdzie, bo nikt by się nie domyślił..a już napewno nie obca mi kobieta... Zapadła cisza ..obie rozumiałyśmy, że jest ona potrzeba i żadna z nas nie chciała jej przerwać...na ścianie tuż za moimi plecami miarowo ,niezmiennie zegar odmierzał czas..dochodziło południe..za oknami wciąż nic się nie działo..uliczka wciąż samotna jedynie wiatr czasem postanowił przegonić po niej kupkę kurzu i nic więcej..zegar tykał.. pierwsza odezwała się kobieta.. -zrobię ci lemonadę tak jak kiedyś się ją robiło...chcesz?-w jej głosie było słychać szczerą prośbę o akceptację pomysłu i przebrzmiewała nawet nutka dziecięcej przechwałki..w stylu ja to umiem robić najlepiej... -Tak chętnie..dziekuję-odparłam. Początkowo nie wiedziałam czy mam podążać za panią domu czy tez pozostać na sofie...ale ona przyszła mi wsukurs i rzekła... -chodż ze mną do kuchni to zdradzę ci receptariusz...będziesz pierwsza...nie mam komu...-głos jej ,w jednej chwili zamarł w gardle, chrząknęła nerwowo jakby tą kulkę tkwiącą gdzieś głęboko chciała wyrzucić z siebie...nie kontynułowała a i ja nie zadałam pytań, ale paradoksalnie to życie tej kobiety bardziej zdomniowało mój umysł niż moje własne...stała się dla mnie tajemnicza ,odległa i bardzo intrygująca...Szłyśmy znów przez ten ciemny wilgotny korytarz..ale tym razem już mniej ponury i długi..sprawiał wrażenie przystępniejszego i mniej grożniego niż w chwili kiedy to pierwszy raz go pokonywałam...kuchnia była tuż przy schodach które widocznie wiodły na drugie piętro..-dziwna kamienica-..pomyślałam... Drzwi do kuchni były wielkie drewniane,ale lekko jak na ten ciężar ustąpiły przy pierwszym ich pchnięciu..pomieszczenie było słoneczne równie duże i urządzone już w bardziej współczesnym stylu ,wiszące szafki w kolorze zieleni zatopone w bieli kafli a na podłodze ciemnobrązowa wykładzina i całe pomieszczenie sugerowało jedno ,że owa starsza pani kocha zieleń brąz i żółć.Te kolory zdominowały całe mieszkanie . A tym czasem pani Weronika zgrabnie i szybko poruszała się po kuchni a w jej rękach szkalny pojemnik z kawałkami cytryny wirował niczym baletnica wykonująca piurety ...kawałki lodu stukały po ściankach pojemniaka, bałam się że za chwilkę usłyszę trzask pękającego szkła, ale nic z tego ,w rękach gospodyni wszystko wirowało obracało się a lemoniada nabierała koloru słońca , kryształki cukru wędrowały po ściankach szkła niczym piasek po morskim brzegu..Pojawiła się biała pianka jak obłoczek na niebie..twarz pani Weroniki skoncentrowana nieznacznie napięta...widać ,że mimo wszystko był to dla niej duży wysiłek...Podeszła do stołu na którym majestatycznie stały wysokie szklanki równie współczesne jak kuchnia a wśrodku umieściła szklaną rureczkę koloru wody którą należało delikatnie zamieszać napój tuż przed spożyciem.. -Dam ci jak zechcesz dokładny przepis istotną rolę odgrywają proporcje...jak w życiu..nic za dużo nic za mało..rzuciła niby to od nie chcenia, ale porównanie było trafne i słuszne.Napój był orzeżwiający smakował wyjątkowo..trudny do określenia aromat świerzości i delikatności smaku ..podnienienie było tylko subtelnie łaskotane a nie cierpko odczuwalne jak w większości napojów cytrynowch tych zwykłych ze sklepu.. CDN. **********************************************

Za brązem pluszowych zasłon wciąż miarowo płynął czas...w mieście chet tam poza granicą wzroku tętniło życie..ulice wypełniał tłum przechodniów z których każdy gdzieś się spieszył. Samochody niczym wezbrana rzeka płynęły przez ulice miasta..gdzieniegdzie słychać było dzwonki odjeżdżających z przystanków tramwai .Ktoś robiił zakupy ,ktoś inny przechadzał się spacerkiem po alejkach w miejskim parku..poprostu miasto jak zwykle żyło własnym rytmem pospołu pośpiech z powolnością jaka towarzyszy tak upalnemu dniu..a taki był właśnie dziś.Słońce wkradało się bezlitośnie poprzez szczeliny żaluzi, zasłon ,parzyło a wiatr zdawał się być bezsilny i tylko od czasu do czasu zrywał się by pokazać ,że istnieje,ale robił to tak nie udolnie ,że ludzie odwracali głowy ponieważ jedynie unosił z chodników pył lub pisaek i rzucał nim prosto w twarz przechodniów. W starej czynszowej kamienicy naznaczonej zębem czasu w jedym z mieszkań na parterze siedziały obok siebie dwie kobiety..jedna młoda, której życie postanowiło koniecznie udowodnić,że się pomyliła i druga starsza o wiele bardziej niż by chciała..a której to skolei życie postanowiło udowodnić ,że może jej zabrać dosłownie wszystko co kocha. Zbliżał się wieczór obie panie zatopione w opowieści o swoim pełnym niespodzianek życiu, zapomniały o upływających bezlitości godzinach.Upał zmieszał się z chłodem wieczora,powietrze nabierało lekkości a wiatr już bez złości przemykał po ulicach miasta, które to powoli otulało się ciemnością... -Jestem pani wdzięczna za rozmowę proszę mi wierzyć każda z pani rad wpłynęła wprost do mego serca i umysłu i może jednak powinnam przemyśleć każdą następną podejmowaną przez siebie decyzję bardziej wnikliwie i przede wszystkim umieć przewidywać, to trudne, ale nie niemożliwe.naprawdę nie wiem jak mam dziękować ..przecież zabrała mnie pani ..dosłownie..z ulicy...-młoda kobieta uśmiechnęła się życzliwie podeszła do rozmówczyni i podając rękę na pożegnanie spytała ..-Mogę panią ucałować?..Mam ogromny dług wdzięczności względem pani...-Kobieta z okna gestem dłoni pozwoliła na inny gest pełen przyjażni oddania ale i wdzięczności Stały tak przytulone do siebie ich serca jakby jednym rytmem odmierzały ta chwilę...chwilę rozstania...dzień chylił się ku końcowi tak jak ta znajomość...obu paniom tak własnie się wydawało.
******************************************* Anna miała ciężki dyżur na oddziale pojawili się nowi chorzy..trzeba było więc zgodnie z procedurami wypełnić formularze.Podeszła do szafki by wyciągnąć dokumentację... -Anka leż szybko na 14-kę tam jest młyn mamy zatrzymanie...-te słowa powiedziała koleżanka ,która dosłownie wpadła do dyżurki i z szafki z wielkim pośpiechem wyciągnęła tacę reanimacyjną...Anna rozumiała że tu liczy się czas i tylko on.Pomknęła naj szybciej jak umiała długim korytarzem szpitalnym, sala 214 była tuż za zakrętem po drodze sięgnęła po defibrylator ..niewiadomo kiedy będzie potrzebny...Obie pielęgniarki prawie równocześnie zjawiły się w sali chorych,gdzie za parawanem rozgrywał się dramat... Zespół lekarzy i pielęgniarek w pełnej harmoni i profesjonalizmem ratowali życie..życie które może jeszcze tliło się w tej kobiecie...Anna asystowała przy intubacji...serce jej biło mocno coraz mocniej...nie tylko dlatego ,że brała udział w akcji reanimacyjnej niestety to nie był jej pierwszy raz i dobrze wiedziała ,że nie ostatni..ale twarz kobiety..ten dyskretny jakby wyrzeżbiony uśmiech...to był uśmiech...kobiety z okna..pani Wiktorii...czas płynął...a oni walczyli o jej życie... Oddział intensywnej opieki medycznej był po drugiej stronie korytarza serce pani Wiktorii było lekarz jednaj musiał zastąpić jej słaby niknący oddech i wentylował ja na worku Ambu sala na którą została przewieziona był czterołóżkowy Anna wraz z koleżanką i lekarzem przekazała stabilna chorą zespołowi OJOMu ale wiedziała,że w każdej wolnej chwili będzie przy tej kobiecie..tak bardzo była jej wdzięczna i choć mnięło pół roku od ich spotkania to Anna jej nie zapomniała, była nawet parokrotnie na tej tajemniczej zapomnianej uliczce ale już tam nikogo nie zastała...przeprowadzka została wcielona w życie...Nikt jej nie umiał powiedzieć dokąd wyprowadziła się pani Wiktoria...i tak upłynęło pół roku...aż do tej chwili...Anna postanowiła być przy niej...nawet całą noc..tak długa aż nie wyzdrowieje..a w to bardzo mocno wierzyła... Zbliżał się koniec dyżuru na dworze śnieg zasypał ulice pokrył je białą puchowa kordłą jedynie ulice naznaczone kołami samochodów wyglądały jak czarne koryta rzeki pełne błota i mułu..Widok z okna wywołał w Annie delikatny dreszcz..zdała już raport kierowała się juz na OJOM kiedy zadzwonił telefon komórkowy...Był natarczywy i zmusił Anne by wyciągnęła go z torebki.. -Słucham?..powiedziała -Witaj czy możemy się dziś spotkać?-męski głos po drugiej stronie był ciepły delikatny i proszący . -Wybacz Piotrze ale na reanimacji leży moja dobra znajoma dziś trafiła do szpitala z rozpoznaniem zapalenia płuc a to starsza kobieta a w tym wieku to niebezpieczne..sam wiesz o tym ,prawda?Anna wypowiedziała te słowa dosłownie jednym tchem chciała bowiem już się znależć na E-R ce a jeszcze musiała się przebrać... -Tak ..rozumiem-...w głosie mężczyzny słychać było rozczarowanie ale i zrozumienie,,,-dobrze Aniu więc kiedy możemy się zobaczyć?Piotr nie dawał za wygraną...czekał cierpliwie tyle czasu..może i jeszcze poczekać...zależało mu bardziej na Annie niż jej na nim tego był pewien ale znał jej życie wiedział co przeszła ,był przeciez jej przyjacielem i...jej byłego męża..Adama ...z tej przyjażni nie był dumny.. -Nie umiem ci powiedzieć to pani Wiktoria..pamiętasz ..opowiadałam ci o niej? -Tak,oczywiście to straszne..a jak do tego doszło...?Dobrze Aniu powiedz daj znać kiedy będę ci potrzebny to podjadę..bądż przy niej oczywiście..sam nie wiem co powiedzieć..Trzymaj sie Anulko zadzwoń jak coś proszę...-Piotr był zaszokowany taki zbieg okoliczności tyle szpitali w mieście a ta kobieta akurat trafia tu gdzie pracuje Anna..znał tą historię...i był na swój sposób bardzo wdzięczny tej kobiecie..bo to ona odsunęła od Anny czarne myśli dała jej wierę w to,że wygra..i że niczego nie wolno w życiu żałować i przede wszystkim uzmysłowiła jej że to nie była jej Anny przysłowiowa połówka-jabłka...że jeszcze odnajdzie tego co nią będzię Piotr wierzył,że to w nim ją zobaczy..

**************************
Lato pełnią swych kolorów witało Annę i Piotra oboje trzymając się za ręce szli piaszczystym brzegiem morza już z daleka widzieli sylwetkę Wiktorii,Siedząc na leżaku machała niemalże oburącz by dać im znać gdzie jest...Mewy zataczały krąg, fale łagodnie dopływały do ich stóp by zachwilę usunąć drobiny kamyczyków ,które naniesione na brzeg mieniły się w słońcu poranka.Wiatr subtelnie muskał ich twarze ,wokół ludzie przygotowywali sobie miejsca do leżakowania ,każdy pragnął czerpać z tego co natura im ofiaruje- spokoju, szumu fal i tej niewymownej chwili błogości jaka towarzyszy wszystkim na urlopie...tylko nie wielu z nich wiedziało ,że oto plażą idą nowożeńcy..idą w kierunku dobrej wróżki...dotkneli dzięki niej szczęścia ,które im ofiarowała poprzez swoją mądrość dobroć i miłość ...
-Aniu ,Piotrze usiądżcie obok..-powiedziała Wiktoria..była promienna, jej niebieskie pełne blasku oczy przyćmiły bezlitosne zmarszczki ,znamiona upływającego czasu..drobna sylwetka otulona sukienką w kwiaty i słomkowy kapelusz rywalizowały ze sobą bo nie mogły rywalizować z właścicielką ,nie dorównywały jej.. młodości i świerzości,która wciąż była w sercu kobiety. Młodzi ludzie usiedli na kocu który był oczywiście w kolorze zieleni a przez jego środek niczym promień słońca przebiegało pasmo żóltego koloru..a wszystko to przeplatał brąz ,który dyskretnie zamykał przestrzeń koca..wiatr bawił się jego skrawkiem, unosił ,falował i opuszczał na piach...tak bardzo próbował w swoich działaniach naśladować morze,,,on też był wielki...Wszyscy w trójkę wpatrywali się w bezkresne morze podziwiali jego taniec z wiatrem łagodność ruchów a jednoczesnie tak wielka różnorodność, która tylko dla bystrego obserwatora była widoczna..każda fala była inna każdy jej dotyk brzegu niósł za sobą tajemnice z głębin w których kryły się inne jeszcze wieksze tajemnice..niczym w sercach ludzi...lecz nie każdy jest w stanie je wydobyć z głębin swojej duszy...na to potrzeba czasu...nie zawsze go starcza...czasem trzeba uważnie się przyjrzeć oknom ,może tam w jedym z nich będzie ktoś kto nauczy jak powiedzieć -nie- Ale i podpowie kiedy powiedzieć -tak. Epilog -Czas leczy, bywa wrogiem ,ale zawsze go będzie za mało..jesli wciąż bedziemy odkładać ważne sprawy na póżniej...czasem pózniej nie nadejdzie-prawda Anno?- -Tak prawda...Ania uśmiechnęła się do nich obojga a patrząc na Piotra pomyślała..Tak nie wiele brakowało...a było by za póżno...na samą myśl wzdrygnęła się...na szczęście zdąrzyła..

środa, 13 lutego 2008
W oczekiwaniu Poezja Jarzebina
W parku na wąskiej i krętej ścieżce stała para wtulona w siebie świadkami ich czułych dotyków dwa drzewa stojące po cichu
nawet liść się nie ruszył zamarły w chwili czekania co para ta sobie wyzna w czasie wielkiego doznania
latarni światła błądziły po ich szczęśliwych twarzach on mówił o tym jak kocha ona że to się nie zdarza
ławki niemi świadkowie w drzewa przyjażnie wtulone on szepnął że pragnie taką dziewczynę za żonę
ona drżała z emocji dłonią policzek gładziła i z wielką właściwą sobie miłością mu w oczy patrzyła
dłonie ich ciepłe gorące splatały się w mocnym uścisku i poszli razem alejką co kręta była i wąska
a drzewa żegnały ich niemo jedynie drgający liść zerwany podmuchem wiatru zapragnął też znimi iść
i spłynął miękko na włosy skąpane w promieniu lamp i w złocie się pukli zagubił jak kwiat wplątany tam trwał
znikneła para w zaułku uliczek miasta ze snów a park pozostał i czeka na miłość lecz innych już
Opublikowany: 18-12-2005


poniedziałek, 11 lutego 2008
zebrałam płatki śniegu wprost w gorące dłonie stopiły się spłynęły jak łzy me gorzkie słone
narysowałam kręgi stanełam pośród nich i nie wiem jak w nie wstąpić czy magia płynie z nich
czy mnie ochroni wiara i da nadzieje mi że nikt mnie już nie skrzywdzi nie zrani serca mi
w zaklętym kręgu strachu zaklętej pustce trwam i płyną łzy na ziemię lecz zakwitł polny kwiat

niedziela, 10 lutego 2008
 Z pamiętnika pielęgniarki Ot zwykła proza życia W poszukiwani spokoju w każdej sekundzie życia otaczam się tylko ciszą myśl ale serce żyje..jakby własnym rytmem...wciąż ją zagłusza...i jest tak dominujace ,że niesposób go nie słuchać Kiedy rano wstaję by rozpocząć kolejną wędrówkę przez minuty, godziny...to ta jedna jedyna sekunda ,w której mój umysł mi mówi Ach jeszcze chwilkę. a powieki bezwolnie niczym zasłony opuszczają się, a nazbyt długie rzęsy łaskoczą mój lekko zaokrąglony policzek..i w tej jednej magicznej sekundzie..słyszę głos najlepszego człowieka...mojego męża. -kochanie wstań, kawę ci zrobiłem.. aromat dyskretnie płynie w moja stronę..a ja bezwolnie za nim podążam..nie tylko dlatego że jestem miłośniczką kawy, ale dlatego ,że uwielbiam jej zapach... i tak oto rozpoczyna się mój dzień... droga do pracy jest nazbyt krótka...przekraczając bramę szpitala mam jeszcze resztki snu pod powiekami....ale w szatni strzepuję je wraz z odruchowym strzepnięciem płaszcza gdzie mimo wszystko zdążyły się zagnieździć krople deszczu.. idąc długim korytarzem powtarzam sobie ,że dziś nikt nie umrze... nie zobaczę żadnych łez, ani nie usłyszę szlochu... matki, męża ,córki...czy kogoś innego- poprostu rodziny, która będzie pogrążona w tak wielkiej niewymownej rozpaczy,że moja zdolność pojmowania jest nazbyt uboga.... bo taki dramat trzeba przeżyć to wiem na pewno... w dyżurce pielęgniarek..raport...słucham uważnie...poznaję pacjęta życie...ale te z tej najciemniejszej strony...strony dramatu choroby...krwotoki podpajęcze, krwiaki śródmózgowe, guzy kanału kręgowego... i wiele innych ,które choć nie są wyrokami to jednak tak brzmią dla tych co nie wiedza...stoją pod drzwiami oddziału i czekają..czekają... na wejście?. na diagnozę? na rokowanie?.. na nadzieję!... 12 godziń ocieram się o śmierć...więc jakże inaczej mam mysleć...?..muszę zagłuszać to co nasuwa się mi do głowy. -jak to dobrze,że to nie ja-..nieludzkie?.. nie wiem ...ale jedno wiem na pewno... przewartościowałam całe swoje życie już ponad 20 lat temu..czyli od chwili kiedy zostałam pielęgniarką na oddziale neuroreanimacji... mija 12 godziń napięcia stresu niepewności...wewnętrznego silnego niepokoju...wracam do domu.... mąż się uśmiecha... synowie jeden przez drugiego opowiadają mi o swoim dniu...uśmiecham się również przytulam każdego z Nich osobno..całuję.. a idąc do kuchni patrzę na obraz, niezbyt duży, w przedpokoju... Matki Boskiej z dzieciątkiem Jezus...i szeptam cicho wprost z mego serca... -Dziękuję Ci Boże.... ..mojego życia Z pamiętnika pielęgniarki Ot zwykła proza życia 
czwartek, 07 lutego 2008
Stałam w oknie wpatrzona w gwiazdy...
papieros rdzawo-żółtawym płomieniem
chciał konkurować z nimi-iskrzył
A obłok mały maleńki
odlatywał do braci na niebie
miał nadzieję że dotrze na czas
zanim przegoni je południowy wiatr.
A moje łzy bardzo skrępowane
samym faktem istnienia
opadały na srebrzysto-biały parapet.
Miały nadzieję,że zdążą dotrzeć na ziemię
zanim pod ciężarem brudu
przytłoczy je każda kolejna kropla deszczu...
one też były ciężkie,ale nie zbrukane...
Dym metalicznym niebiesko-białym obłokiem odleciał
łza lawirując między pyłkami brudu
dotarła do wtopionej w czerń nocy trawy
ale we mnie wciąż pozostawało te same uczucie...
ciężaru...
gdyby mój ból mógłby być obłokiem ...
lub chociaż frywolnym dymkiem z papierosa
to mocą tkwiącą w moich płucach
zdmuchnęłabym go jak płomień świecy...
ale nie....nie mogę...
napisany 1998 r.
21:01:01 

środa, 06 lutego 2008
Dla Was wszystkich....i każdego z osobna... :} Głębią uczuć utkany twój wiersz zaplątany w labirynt emocji docierasz słowem w zakamarki serc a duszę uskrzydlasz ulotnie to trwa sekundę a może i dwie gdy wraz z tobą szybuję odkrywam na nowo co znane mi jest lecz w pięknie słowa mój umysł wiruje jakże barwnie malujesz słowami dla ciebie miłość ma wymiar i czas dla ciebie rozpacz kojarzy się z łzami co są jak perły jak diament co trwa co rzezbi kształtuje twarz w bólu cierpienia lecz ty ujmujesz słowami ten fakt jakby każda litera z tęczy słów płynęła i podkradła kolor odcieni-to galeria barw jesteś wirtuozem mistrzem w swoim stylu zagłębiasz się w życie zagłębiasz się w ból i każdym zmysłem emocje odczujesz i płynnie przelewasz na papier ten koloryt słów a z liter wyrazy tworzą się powoli a z wyrazów zdania układają się a tak naprawdę piszesz i o życiu moim powoli odsłaniasz tajną cząstkę duszy mej ...Z pozdrowieniam i życzeniami dalszej Weny :}  Napisany 2005.06.20
wtorek, 05 lutego 2008
okradziona Życie okradło mniez marzeń i snów tęczowych w noc ciemną wszystko jest takie szare wszystko jest jakby nademną
dlaczego ,barwy w mym życiu kolorem szarym sie stały dlaczego nie widze blasku by i dni me sens miały?
a może to zwykła depresja? co szarością dnia sie stała i w bardzo przbiegły sposób marzenia i wiarę zabrała
W galopie myśli, w galopie słów, w galopie czynów, ty prawdę mów
niech przemyślane twe myśli będą niech przemyślane i słowa twe niech przemyślane też czyny będą bo w kłamstwach własnych zagubisz się
i w labiryncie życia zostaniesz nie znajdziesz drogi prawdziwej swej poplączesz ścieżki już poplątane w kłamstwie,obłudzie zagubisz się życie to droga życie to czas życie to chwila i tyle masz
zabraknie czasu zabraknie słów zabraknie wiary byś wybrać mógł
idź drogą prostą prawdy i słów idź drogą prostą byś wygrać mógł idź drogą trudna,lecz i szlachetną drogą,gdzie prawda tworzy już jedność Opublikowany: 25-10-2005 18:17 przez: jarzebina
a byłam kiedyś "pszczółką" patrzą na mnie oczy, które tak kochałam patrzą gdzieś daleko bym i ja cierpiała
patrzą blado,smutnie bez cienia wyrazu wzrok mój omijają bo pełno w nim żalu
kto kogo oszukał i kto kogo zranił? ty masz swoją prawdę
i gorycz z rozstania a kiedyś mówiłes pszczółko ma kochana
wiersz na moją chwałę nawet ułożyłes a teraz się wstydziz choć to ty zbłądziłeś
a kiedyś mówiłes...
pszczółko moja tęsknoto jesteś dla mnie cenniejsza niż złoto uskrzydlenie uczuć moich
jeśli chcesz do stóp padnę twoich niebiosom będe dziękować że mogę cię tknąć pocałować
wiesz, czasem płaczę w samotnośći stęskniony twojej czułości boś ty ten ból uczyniła a ból ten to Miłość moja miła ... szkoda że to słowa były i w czyn się nie zmieniły.. Opublikowany: 25-11-2005 13:18 przez: jarzebina 
niedziela, 03 lutego 2008
zobacz łza okruszek kryształu, zobacz płacz siła wodospadu,
zobacz ból co przenika ciało i mą duszę zobacz proszę
ja cierpię a żyć jednak muszę
w niedoskonałości chwili niedoskonałości dnia
to mnie tak przytłacza z oczu płynie łza
okruszek kryształu wodospad cierpienia, gorycz, niesmak, smutek
brak mi już natchnienia muszę odpocząć nie od pisania ale , od mego wciąż narzekania
kto napisał mi ten scenariusz życia?
ja sama.
Opublikowany: 11-11-2005 14:32 przez: jarzebina
dotykam twego ciała
a ono drży
dotykam twego serca
i czuję rytm
i ust twych dotykam
w pragnieniu ust moich
a ręka wędruję
do bramy
ogrodu
i razem płyniemy
niesieni przez falę
rozkoszy
spełnienia
w rytm ciał
doskonałych
lecz łzę postrzegam
w kąciku twych oczu
dlaczego?
czy cierpisz?
czy łza to radości
całuję ją
lecz słodycz zostaje
i trwa na mych ustach
a ciała porywa
namiętność
okrutna
tracimy zmysły
unosi nas fala
sięgamy błekitów
rządza nas zniewala
opadamy
miękko
a cisza już trwa
niesłyszę twego szeptu
a słyszę
serca dwa
Opublikowany: 09-11-2005 12:05 przez: jarzebina
 
nigdy nie mów nigdy... moja klaustrofobia za firan w oknie spoglądam na życie i zasłon trzymam kurczowo się patrzę jak dziecko zaciekawiona
a jednak życia wciąż boję się
widzę jak ludzie idą wciąż naprzód nikt z nich nie cofa się ni o krok a ja się boję otworzyć okno drzwi mam zamknięte i wchodzę w mrok
mam wiele planów wiele nadziei ale codzienność przytłacza mnie chowam swe ciało i duszę w mroku by nie dać więcej już zranić się
wiem,że otworzę kiedyś swe okno i że otworzę do życia drzwi ale nie teraz muszę odczekać muszę do życia nabrać i sił
ta klaustrofobia moim azylem moim świadomym wyborem jest więc robię pauzę nie wiem jak długo ale mam klucze do życia drzwi

|
|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
Zakładki:
Moje wiersze-Jarzębina-Marta Grzebuła
Nie urodziłam się po to by cierpieć...ty też nie-prawda?
|